PAMIĘTNIK Z WAKACJI

O matuchno kochana! Jak to się wydarzyło że sierpień się skończył?! Woooooow! Wam też tak czas przelał się przez palce? Zaczynam się już martwić, że mój czas na Ibizie dobiega końca…

Dawno nie pisałam jak wygląda teraz moje życie. Na początku byłam podróżniczką, codziennie coś odkrywałam nowego. Miałam w sobie mnóstwo energii i zachwytu tą wyspą. Ha, 18km dziennie pieszo na samym początku? To było coś! Mam wrażenie że to już lata temu. Od momentu kiedy mam skuter ilość kilometrów uległa diametralnej zmianie, robię około 3, ale nie wiem ile za barem… Oj a za barem….Za barem jest gorąco, zresztą nie tylko tam. Dodam tylko, że pracuje na świeżym powietrzu, więc nie ma klimatyzacji, czasami są takie dni gdzie nie ma wiatru, a pracować trzeba. Pracuje w restauracji w długich spodniach i koszuli, a słupki rtęci wynoszą ciągle powyżej 30 stopni. Pot leje się z czoła po 5 minutach pracy. Tak na dobrą sprawę prysznic jest zbędny, bo zaraz po nim i tak jesteś chodzącym lepem. Jakoś idzie się przyzwyczaić, z drugiej strony nie ma też wyboru. Jazda na skuterze w takie dni to czasami zbawienie, a czasami jest tak gorąco że chcesz jak najszybciej się schować w cieniu, a wcale nie jest łatwo go tak znaleźć. Najlepiej schłodzić się w morzu, albo poleżeć przy wiatraku, w hamaku gdzieś pod drzewkiem, albo schować się na chwilę w chłodni. Grunt to sobie radzić, ale chyba bardzo dobrze mi to wychodzi. Czuję się tutaj przewspaniale, mimo tego że dużo pracuję, czasem się nie chce, wiadomo, ale kiedy praca jest pasją to zupełnie inna bajka… Lipiec i sierpień to gorące miesiące pełne pracy, ale dałam radę!

Bar zaczął płonąć. Przez nasze ręce przeszło już 6 000 koktajli, z czego 2 500 w sierpniu… Dodam tylko, że sezon przetrwaliśmy bez barbacka. Pierwszy raz w życiu bolą mnie ręce od szejkowania. Szczerze mówiąc na początku miałam myśli, że może życie pokazuje mi że nie mam szczęścia do nowo otwierających się lokali. W dodatku miałam trochę złe wspomnienia, kiedy pierwszy raz pracowałam w Warszawie w restauracji. Cały czas wierzyłam w potencjał miejsca, wiedziałam że nie ma jeszcze sezonu, że trzeba poczekać. Przecież jak mogłabym zapomnieć? Ibiza to dla mnie duża lekcja cierpliwości. Na wszystko trzeba czekać, więc na rozkręcenie restauracji też. Przecież w Sopocie pracowałam w najlepszym klubie, a to była mała Ibiza… Jul’s to restauracja, która ma naprawdę wysoki poziom. Szczerze mówiąc to nigdy nie pracowałam w tak ekskluzywnej restauracji. Jestem dumna, że mogę tworzyć takie miejsce. Pracuję w miejscu, o którym zawsze marzyłam. Super sprzedaż koktajli, dobra półka alkoholi, pyszne jedzenie, świetny wystrój, otwarci ludzie. Czasami jest tej pracy po prostu za dużo, ale bliskość natury i myśl o dniu wolnym pozwalają o tym zapomnieć.

Kiedy wychodzę z pracy spoglądam na niebo pełne gwiazd. Kąpiele w morzu przy blasku księżyca? Madre mia! Leżysz na plecach, temperatura wody jest wręcz idealna, patrzysz w niebo wypełnione gwiazdami, poniżej widzisz ogromne skały. To widoki, których nie da się sfotografować, to momenty które zostaną tylko w mojej pamięci, przecudnie! Życzę wam takich przygód i takiego kontaktu z naturą na co dzień. Kocham to. Bliskość i obcowanie z naturą to wielka radość. Już wiem skąd wzięło się to hasło reklamowe: radość z natury… Mordka sama się cieszy. Nie ogłuszam się wysokimi budynkami, wielkimi technologiami, nie wdycham smogu, nie tracę czasu w korkach. Mam proste życie. Cieszę się i napawam chwilą. Nie da się tego opisać, nie da się zrobić zdjęć które oddadzą to co widzą moje oczy. Ta wyspa jest magiczna. Mimo pracy i tak tutaj wypoczywam. Wspaniałe uczucie.

Dzień wolny to zawsze wcześniejsze planowania, by jak najlepiej go wykorzystać. Mam tylko jeden, więc wykorzystuję go na 100%. Nic pod tym względem się nie zmieniło. Najpiękniejsze jest to, że ciągle odkrywam kolejne magiczne miejsca. Moją kolejną miłością jest Benirras, na którym przy zachodzie słońca można posłuchać muzyki na żywo granej przez lokalnych bębniarzy. Oddaje to totalny klimat Ibizy. Północ wyspy zachwyca mnie swoją dzikością, ciszą.

Podwodne życie to również kolejne wspaniałe widoki, wiadomo nie są to rafy koralowe, ale zawsze coś! Od momentu kiedy poparzyły mnie meduzy na moim zaczarowanym Atlantis, szczerze mówiąc cały czas się za nimi rozglądam przez co nie czuję się bezpiecznie. Na poparzenia są dwa sposoby: maść bądź mocz. Skazana byłam na opcję numer dwa lecz to uczucie jest obleśne. Kiedy wiesz, że musisz oblać się złotym deszczem. Koi ból aczkolwiek nie polecam, dlatego maska do nurkowania jest tutaj potrzebna, jak również buty do pływania, gdyż sporo tutaj skalistych plaż. Ostatnio pływając dotarłam do miejsca z ukrytą jaskinią, w której ewidentnie mieszkają hippisi. Były rozwieszone ręczniki, ślad po rozpalonym ognisku… Niestety nie spotkałam gospodarzy, może następnym razem się uda.

Z plusów można dodać, że mój sezon przedłużył się z końca września do połowy października, co cieszy mnie niezmiernie. Będę świętować tutaj swoje urodziny! Z Belu śmiejemy się z naszych opalonych ciał, porównujemy je do kolorów kaw. Teraz jesteśmy cappuccino, ale na koniec będziemy espresso ristretto. Bo w sumie to kto nie lubi być opalonym? Tak więc z podróżniczki przeszłam na tryb ciężkiej pracy, teraz od września wracam ponownie na szlaki podróżnicze i odkrywam trochę klubowej Ibizy.

 

Wysyłam moc uśmiechów i pozytywnego nastawienia do życia,

Barmaid Traveler

Leave a Comment