FORMENTERA NA DZIKO!

Pamiętacie moją pierwszą wycieczkę na Formenterę? Deszczowa na łódce, ale miło jak zawsze. Ostatnio podjęłam kolejną próbę. Tym razem popłynęłyśmy z Belu łódką dla turystów. Wyruszyłyśmy o 9.30 z Ibizy. Jeżeli wybieracie się tam na cały dzień, polecam ruszyć jak najwcześniej (pierwszy rejs rusza o 9, ostatni powrotny jest o 22).

Pełne słonko, 27 stopni. Jesteśmy podekscytowane, w planach mamy zostać na noc i spać gdzieś na dziko. Szybkie 30 minut podróży i jesteśmy w porcie. Idziemy wypożyczyć skuter i zaczynamy odkrywanie tej wyspy na lądzie. Miałyśmy wstępny zarys naszej podróży, bo przecież dostałam rekomendację jak najlepiej zwiedzić wyspę. Pierwszy przystanek to plaża Des Illetes. Mieści się w Narodowym Parku, w którym występują również jeziora solne. Przepiękne kolory wody, ciepłe morze, przyjemny piasek. Z plaży można przejść przez morze na pobliskie małe wysepki. W oddali widać Ibizę i magiczną Es Vedrę. Uśmiech nie schodzi z naszych twarzy. Słońce ogrzewa nasze ciała, które studzimy w krystalicznie czystym morzu. Plaże przepełnione są turystami, którzy brzydko mówiąc drą japę i psują obraz tego przepięknego miejsca. No cóż, w końcu sezon ruszył.

Zajęte rozmowami dostrzegłyśmy że za nami nadciąga wielka burzowa chmura. Hmmm, czy to przypadek? Nasza reakcja była taka sama, śmiech. Czy nie mam szczęścia do podróży? A może to kolejna lekcja cierpliwości. No dobra, wiedziałyśmy że gdzieś musimy się schować.

Pojechałyśmy do miasteczka Sant Francesco. Padał deszcz, ale był bardzo przyjemny, który dał poczucie świeżości. Sant Francesco to przepiękne uliczki, restauracje i sklepy z takimi pamiątkami, że strach tam iść z grubym portfelem (na szczęście to nie mój problem, bo takiego nie posiadam :D). W międzyczasie odwiedziłyśmy informację turystyczną, plażowanie było pod znakiem zapytania więc musiałyśmy trochę zmienić kierunek podróży.

Przedostałyśmy się na północny zachód wyspy, na punkt widokowy, na wieżę de la Gavina. Myślę, że nie bez przyczyny padał ten deszcz. Niebo zmieniło kolor, przez co widoki był jeszcze piękniejsze. Zatrzymałyśmy się tam na lunch. Nie, nie restauracje ani knajpy. Dzikość natury. Kamienie, które były dla nas jednocześnie stołem i siedzeniami. Home made kanapeczki z fantastycznym widokiem, bez turystów.

Tym razem ruszyłyśmy na południowy zachód wyspy, na sam kraniec, z przepiękną latarnią morską. Na Formenterze nie dojedziesz wszędzie skuterem, trzeba trochę pochodzić więc przygotujcie się na spacerowanie. Dobrze, że nie było patelni i skwaru po 30 stopni bo wtedy byłoby ciężko podróżować. Prognozę pogody przyjmujemy więc jako dar!
Odwiedzamy latarnie morską far de Barbaria, która jest typową latarnia z lat 70 XX wieku. Jest najbardziej wysuniętym na południe światłem na wyspach Balearis. Z ciekawostek można dodać, że pojawiła się w filmie Julio Modema „Sex i Lucia”.

Idąc trochę dalej, po prawej stronie można dostrzec dziurę, która prowadzi do jaskini. Lubicie takie klimaty? Ja to uwielbiam! No więc schodzę po drabinie jako pierwsza. Słyszę dźwięk muzyki, idę dalej. Moim oczom ukazuje się fantastyczna sceneria. Muzyk, grający na instrumencie handpan i widok, który zapierda dech w piersiach. Kładziesz się na skale, słuchasz muzyki, patrzysz na latające wokół ciebie ptaki. Podziwiasz, odpoczywasz, nie dowierzasz. Wooooooow! Kocham cie życie!

 

Chcesz zostać na dłużej, ale wiesz, że nie masz zbyt dużo czasu bo chcesz zobaczyć zachód słońca. Dziwna rzecz się wydarzyła, nie wiem dlaczego ale mój telefon zmienił godzinę, na godzinę do tyłu, więc na zachód byłyśmy lekko spóźnione. Widziałyśmy ogromne, pomarańczowe słońce jadąc skuterem. Ostatni raz widziałam coś takiego w Grecji w 2008 roku. Dotarłyśmy na plażę, chmury trochę popsuły nasz widok, chociaż z drugiej strony nadały innej barwy. W międzyczasie obmyśliłyśmy plan, że właśnie tutaj zostajemy na noc. Pójdziemy tylko zobaczyć jak wygląda miasto nocą.

Zdążyłyśmy tylko zaparkować i po raz kolejny dałyśmy się poprowadzić muzyce. Doprowadziła nas do prawie pustego lokalu, z muzyką na żywo. Na pierwszy rzut oka zakochuję się od razu. Chillowe covery znanych piosenek. No i wiadomo, ukulele. Matuchno kochana, wszystko tak jak lubię! Zespół składający się z pięciu osób: czterech panów (akordeon, bass, gitara i perkusja) i kobiety, która śpiewa i gra na ukulele. Cud malina! Miałyśmy wpaść na chwilę, zostałyśmy do końca. Lokal zapełnił się uśmiechniętymi ludźmi, na scenie zrobiło się jam session. Mnie korciło, żeby wyciągnąć ukulele z plecaka, ale to jeszcze nie ten czas. Zmęczenie po tańcach i całym dniu podróży dały się we znaki.

Czas spać. Wracamy na plażę, mamy dodatkowe szczęście, że jest z nami pełnia księżyca, która służy za dodatkowe światło.

Na początku położyłyśmy się na skałach, ale niestety za bardzo wiało. Przeniosłyśmy się na plażę. Spałyśmy na ręcznikach, przykryte śpiworem, w kurtkach. Zasnęłam tak szybko, że nawet nie pamiętam. Myślałam, że obudzę się następnego dnia przy wschodzie słońca. Cóż. Przygodom nigdy dość. Po 4 w nocy obudziła mnie Bele: Klaudia popatrz co się dzieje! Zaraz będzie lało. Na niebie same błyskawice. Jesteśmy na środku plaży. Mamy dwie opcje. Pierwsza to schować się pod daszkiem dla domków rybackich. Druga to schować się w restauracji. Cóż wybieramy opcję nr 2. Zaspane pakujemy szybko nasze graty. Zastanawiamy się czy włączy się alarm. Mamy szczęście, okazuje się, że restauracji pilnuje chłopak, który pochodzi z Boliwii. Pozwolił nam chwilę zostać przed deszczem. Tylko chwilę pokropiło, spędziłyśmy z nim około godziny czasu. Szczerze mówiąc, byłam ledwo przytomna. W dodatku średnio mówił po angielsku, więc to Bele prowadziła konwersację w języku hiszpańskim. Ja patrzyłam na błyskawice, w oczekiwaniu na koniec tej scenerii.

Wróciłyśmy z powrotem spać na plaży. Co jakiś czas się budzisz, bo chodzą po tobie mrówki, ale w końcu nastaje dzień. Zastanawiasz się czy to w sumie jest legalne żeby spać na plaży. Otwierasz oczy i po lewej stronie widzisz dwóch policjantów. Przypadek? Udawałyśmy że nic się nie wydarzyło, nie zaczynałyśmy rozmowy. Nawet nie podeszli. Ufffff! Byłoby przykro zapłacić pewnie mnóstwo pieniędzy za łóżko na plaży. Chwila leżakowania, zaraz wstajemy. Zaczynamy się zbierać i nagle w oddali widzimy konną wycieczkę. Przepiękne konie, aż chce się pojechać na taką wycieczkę! Dawno w sumie już nie jeździłam konno, może wypadałoby to powtórzyć? Pospacerowałyśmy jeszcze z rana, umyłyśmy zęby na plaży, wypiłyśmy kawkę na pobudzenie i tak minęła nasza wycieczka. Było super, jak zawsze. Po raz kolejny wiem, że muszę tam wrócić, tym razem już chyba we wrześniu. Wschodnia część wyspy jeszcze nie została przeze mnie odkryta.

 

Co myślicie o takim rodzaju podróżowania na dziko? Pierwszy raz spałam na plaży nocą! Ja polecam taką podróż 🙂

 

Wysyłam mnóstwo pozytywnych wibracji!

Barmaid Traveler

Leave a Comment