AHOJ PRZYGODO!

Pamiętacie jak ostatnio pisałam, że chciałabym popłynąć jachtem i robić koktajle? Cóż, nie był to jacht, lecz większa motorówka. Pierwsza morska wycieczka zaliczona! Zostałam zaproszona przez swoją koleżankę z pracy na wspólną wycieczkę. Ciekawa mieszanka kulturowa: Polska, Rosja, Stany Zjednoczone, Argentyna i Francja. Oczywiście poziom endorfin musiał być zbalansowany. Pogoda po raz kolejny pokazała swoje rogi, trochę popadało deszczu, ale… Widzieliśmy gromadę delfinów! Ponoć nie taki częsty tutaj widok, więc zdecydowanie mieliśmy szczęście. Piękne są, miałam okazję pływać z delfinami na Kubie, polecam każdemu taką przygodę!

Popłynęliśmy na Formenterę. Jest to pobliska wysepka (ok. 30 min), która słynie z przepięknych plaż i koloru morza niczym z Karaibów. Bardzo malutka, długa na 20km i szeroka na 2km. Na motorówce pozytywna muzyka, smaczne proste koktajle, słońce powoli wynurza się zza chmur i wywołuje szczere uśmiechy na naszych twarzach.

Zatrzymaliśmy się przy jednej małej plaży. Nie jest możliwe dojść tam z lądu, więc byliśmy na bezludnej plaży. Da się? Da! Przepięknie. Niestety plaża była trochę zanieczyszczona. Pierwszy raz usłyszałam w swoim życiu propozycję: dawajcie to posprzątajmy, zadbajmy o naszą planetę. Bo w sumie to dlaczego nie? Zmiana klimatu, która widoczna jest na każdym kroku powinna dać nam trochę do myślenia. Korona nam z głowy nie spadła, a śmieci zabraliśmy na motorówkę, w dodatku czujesz że zrobiłeś coś pożytecznego. Oczywiście był też czas na leżakowanie, sporty, rozmowy. Można również popłynąć i odkrywać jaskinie. Ja niestety miałam karę, moje zatoki czekają na cieplejszą wodę, ale nadrobię to. Na Formenterę wrócę na pewno, już niebawem i zwiedzę ją swoim skuterkiem. Najlepiej być tam w maju bądź wrześniu, kiedy jeszcze wyspa nie jest zapchana turystami.

 

Moje małe marzenia się spełniają. Znalazłam już boisko do plażówki! Powoli zaczynają gonić mnie myśli co dalej, co po sezonie. Fajnie jest wymyślać swoje nowe marzenia i robić to co się chce, być kreatorem swojego życia. Problem jest taki, że nie wiem na co się zdecydować, ale mam sporo planów, ciekawych i pełnych podróży. Sama jednak nie wiem co się wydarzy, czas pokaże.

Wiecie za co kocham Ibizę? Za to, że za każdym razem poznaje coś nowego, odkrywam coraz to piękniejsze miejsca. Lubię odkrywać miejsca, które nie są dostępne dla turystów. Nie lubię tłumów. Poznałam ostatnio kolejną osobę, kolejną podróżniczkę, Sarę. Pochodzi z Ekwadoru. W swoim kraju jest przewodnikiem turystycznym, a na Ibizie spędza drugi sezon żeby zarobić trochę pieniędzy. Kiedy poznajecie przewodnika, to na pewno zna jakieś ciekawe miejsca. Sara zabrała mnie na przepiękną wycieczkę. Na początku odwiedziłyśmy plażę Chirincana. Bardzo spokojne miejsce, w którym można spotkać hipisów, posłuchać koncertów na żywo wieczorami, zobaczyć piękne pola namiotowe (ponoć wcale nie są takie tanie, jak wszystko zresztą na tej wyspie), pospacerować wzdłuż klifów.

Pojechała na wyspę pełną plaż, a szuka gór… Tak! Tęsknie za górami, ale na szczęście szukajcie a znajdziecie! Sara pokazała mi miejsce, gdzie klasyczny Janusz nie dotrze. Nie ma oznakowanych tabliczek, trzeba się trochę powspinać, trochę zmęczyć żeby tam dotrzeć, ale czy warto?

No pewnie że warto, ileż można leżeć na piachu i rozmyślać o niebieskich migdałach? Plaża nazywa się Ses Balandres. Jest to też miejsce, w którym można korzystać z naturalnych ścianek wspinaczkowych. Widoki wspaniałe, jak zwykle zresztą. Żeby dostać się na sam dół trzeba trochę odwagi, żeby zejść z pomocą liny, więc nie polecam osobom z lękiem wysokości, pijanym i pod wpływem narkotyków. Ciężko by było tam zamówić karetkę swoją drogą. Bezpieczeństwo przede wszystkim! 🙂

Wysyłam jak zawsze, mnóstwo pozytywnego nastawienia do życia!

Barmaid Traveler

Leave a Comment